Jest piękna jesień, słychać jak deszcz uderza o szyby a ja siedzę objadając się dyniowymi muffinami i popijając cynamonową herbatkę sporządzam listę zakupów na najbliższe Święto Dziękczynienia, za którym osobiście przepadam :) I tak siedząc ciągle jestem myślami wokół niedawno odbytego spotkania z fantastyczną Garance Dore :) Nadal sama nie mogę uwierzyć, że udało mi się ją spotkać. Ale chwila, czy wszyscy ją kojarzą? Jeśli nie to dla przypomnienia Garance to francuska blogerka z dowcipnym językiem, niezwykłym poczuciem piękna i ogromnym talentem do ilustracji mody, niegdyś także partnerka życiowa Scotta Schumana, założyciela bloga The Sartorialist. Od lat mnie inspiruje i każdego dnia dodaje mi wiary we własną osobę. W tym roku Garance debiutuje jako pisarka. W książce Love Style Life opowiada o pracy, o stylu, modzie, o tym jak spędza wolny czas a przede wszystkim o życiu w Nowym Jorku oczami pięknej Francuzki. Na początku listopada miałam okazję spotkać Garance w jednym z centrów handlowych w Bostonie w sklepie Club Monaco, który towarzyszy Garance podczas promocji książki. Club Monaco to kanadyjska marka z 1985 r, której właścicielem od 1999 jest Polo Ralph Lauren. Oferuje ona wysokiej jakości luksus w przystępnej cenie, dla kobiet, które kochają modę ale bez szaleństwa, które łączą absolutne must have z ponadczasową klasyką. Mnie osobiście marka urzekła od samego początku. Garance idealnie wpasowuje się w nastrój i otoczenie marki. Spotkanie poprzedzone było wręczeniem kwiatów oraz bezalkoholowych drinków dla każdego przybyłego gościa, oczywiście wszystko w barwach CM czyli postarzałej bieli i wszechobecnym kremie typowym dla marki. Póżniej z książką w dłoniach z niecierpliwością oczekiwałam osobistego spotkania z Garance i kiedy nadeszła moja kolej z szerokim uśmiechem na twarzy przywitałam tę niezwykłą, pełną uroku osobistego kobietę. Wymieniłyśmy kilka zdań o sobie i o tym jak obydwie kochamy Nowy Jork:) spotkanie uważam za bardzo udane, napełniło mnie pozytywną energią, która trzyma mnie po dzień dzisiejszy . Oczywiście nie obeszło się bez autografu, który uważam za największą ozdobę mojej książki. Dołączam zdjęcia z nadzieją, że również i Was wprawią w taki nastrój :)
Z pozdrowieniami z pięknego, jesiennego Bostonu :)
Piaf







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz